człowiek
dodano: 2016-09-23
Ludzki ślad na Ziemii

Jan Zalasiewicz

 

Warstwy historii

 

Ten pomysł narodził się w Meksyku w roku 2000. Był dziełem czystej improwizacji Paula Crutzena, jednego z najwybitniejszych uczonych świata. Ten holenderski myśliciel głosił pogląd, że wojna jądrowa na pełną skalę może doprowadzić do „zimy nuklearnej” zagrażającej życiu na Ziemi, był też laureatem Nagrody Nobla – otrzymał ją za badania nad innym globalnym zagrożeniem: antropogennym niszczeniem warstwy ozonowej.

W Meksyku Crutzen przysłuchiwał się dyskusjom na temat dowodów wskazujących na globalne zmiany środowiskowe w ciągu holocenu, a więc epoki, która zaczęła się 11 700 lat temu i trwa do dziś. Jego frustracja rosła, aż w końcu nie wytrzymał i zakrzyknął: „Nie! Nie żyjemy już w holocenie. Żyjemy w – tu zawahał się przez chwilę – w antropocenie”.

Wśród słuchaczy zapanowało milczenie. Ten nowy termin najwyraźniej trafił w sedno. I przez całą resztę spotkania przewijał się w rozmowach i wystąpieniach uczestników. Jeszcze w tym samym roku Crutzen, wraz z nieżyjącym już Eugene Stoermerem, specjalistą od mikroskopijnych glonów zwanych okrzemkami i pierwszym autorem terminu antropocen, napisali wspólny artykuł. W pracy tej obaj wyrażali pogląd, że ludzka cywilizacja doprowadziła do widocznych zmian w składzie ziemskiej atmosfery i hydrosfery i wywarła wpływ na biosferę, w tym także na populacje okrzemek. A to oznacza, że żyjemy w nowym, całkiem odmiennym od starego świecie sterowanym przez człowieka. Dzięki prestiżowi Crutzena i przemawiającej do wyobraźni treści artykułu ta myśl rozeszła się lotem błyskawicy pośród tysięcy naukowców uczestniczących w International Geosphere-Biosphere Program, który sponsorował konferencję w Meksyku. Wkrótce „antropocen” zadomowił się na dobre na łamach światowej prasy fachowej.

Czy jednak chodziło rzeczywiście o zmiany geologiczne, a więc takie, które pozostawiają po sobie ślad w warstwach skalnych na całym świecie? Czy naprawdę ludzie mogli wywierać na Ziemię wpływ równie głęboki, jak ten, który zaczął się wraz z holocenem przed 11 700 laty, kiedy to rozległe czapy lodowe zaczęły się topić, podnosząc poziom oceanu światowego o 120 m? Czy można porównywać ludzkość z glacjałami, które opanowały Ziemię u zarania plejstocenu, przed 2,6 mln lat? Czy nasza techniczna aktywność z zaledwie kilku ostatnich stuleci może się równać z tymi wszystkimi dramatycznymi wydarzeniami, które znaczyły burzliwą historię geologiczną Ziemi, dzieloną na okresy liczące nierzadko miliony, a nawet miliardy lat?

Ale ta idea nie była całkiem nowa. Jeszcze w XIX i w początkach XX wieku tacy badacze, jak włoski duchowny Antonio Stoppani i amerykański przyrodnik Joseph LeConte proponowali wprowadzenie pojęć antropozoik i psychozoik, co jednak nie spotykało się z aprobatą geologów. W jaki sposób – rozumowali – działalność człowieka, nawet bardzo intensywna, miałaby być porównywalna z tak monumentalnymi procesami, jak powstawanie i zanikanie całych oceanów i łańcuchów górskich, gigantyczne erupcje wulkaniczne czy kolizje z ogromnymi meteorytami? Wobec takiej skali zjawisk nasze działania bledną i zdają się nieistotne.

Był jeszcze jeden problem. Takie terminy geologiczne, jak jura, kreda, plejstocen czy holocen nie są jedynie określeniami, ale formalnymi jednostkami stratygraficznymi opisującymi całe długie dzieje naszej planety, od jej powstania przed 4,6 mld lat. Terminy te przyjęto po dziesięcioleciach dyskusji i zbierania dowodów i są one akceptowane przez Międzynarodową Komisję Stratygraficzną. „Epoki” czy „ery” mają bardzo ściśle określone znaczenie i geologowie traktują je bardzo poważnie. Wydzielenie nowej epoki musi oznaczać, że dla badaczy ludzkość stała się nowym i potężnym czynnikiem geologicznym.

A antropocen nie przeszedł przez żadną formalną i uznaną procedurę. Niezależnie od naukowych zasług Crutzena, był on chemikiem atmosfery, a nie geologiem i specjalistą od stratygrafii. Niemniej od roku 2008 członkowie Komisji Stratygraficznej londyńskiego Towarzystwa Geologicznego zdali sobie sprawę, że termin ten coraz częściej jest stosowany w literaturze, tak jakby już został formalnie zaakceptowany. Towarzystwo uznało więc, że czas, by sprawą zająć się na serio.

Ta ostrożna i konserwatywnie nastawiona grupa naukowców spotyka się w staroświeckiej sali Council Room w londyńskim Burlington House, obwieszonej wiktoriańskimi portretami i z unoszącym się w powietrzu duchem gigantów nauki, takich jak Karol Darwin, którzy tam nieraz bywali. W takich przepojonych tradycją okolicznościach naukowcy rozpoczęli formalne procedury prac nad antropocenem. Być może ku własnemu zaskoczeniu większość z nich zgodziła się, że „coś jest na rzeczy” i że trzeba się temu przyjrzeć z uwagą. Tak zmotywowany Philip Gibbard, przewodniczący Subkomisji ds. Stratygrafii Czwartorzędu w ramach Międzynarodowej Komisji Stratygrafii – mającej decydujący głos w sprawach tabeli stratygraficznej – zaproponował powołanie grupy roboczej, która wciąż zajmuje się tym problemem.

Żeby przekonać innych, geologowie muszą wykazać, że wpływ człowieka pozostawił po sobie wyraźny ślad, na tyle mocno utrwalony w warstwach skalnych, że będzie do odczytania jeszcze po upływie dziesiątków lub nawet setek milionów lat. Nacisk na utrwalenie w skałach jest znaczący. Dla geologów warstwy skalne to niemal synonim czasu geologicznego. Kluczem jest ten głęboki związek czasu i skały – potrzebujemy warstw, w które można uderzyć młotkiem, z których można pobrać próbki i które można rozkopywać (np. w poszukiwaniu kości dinozaurów). To warstwy określają wydarzenia, które zachodziły w czasie. Aby antropocen zyskał taki głęboki sens geologiczny – i przy okazji akceptację geologów – musi opierać się na takiej asocjacji czasu i skał. Czy dysponujemy świadectwami, że jest to możliwe? Wydaje się, że ich nie brakuje.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 10/2016ss »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
04/2017
10/2016 - specjalny
Kalendarium
Marzec
30
W 1858 r. Amerykanin Hyman Lipman opatentował ołówek z gumką.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2016-09-23
Ludzki ślad na Ziemii

Jan Zalasiewicz

 

Warstwy historii

 

Ten pomysł narodził się w Meksyku w roku 2000. Był dziełem czystej improwizacji Paula Crutzena, jednego z najwybitniejszych uczonych świata. Ten holenderski myśliciel głosił pogląd, że wojna jądrowa na pełną skalę może doprowadzić do „zimy nuklearnej” zagrażającej życiu na Ziemi, był też laureatem Nagrody Nobla – otrzymał ją za badania nad innym globalnym zagrożeniem: antropogennym niszczeniem warstwy ozonowej.

W Meksyku Crutzen przysłuchiwał się dyskusjom na temat dowodów wskazujących na globalne zmiany środowiskowe w ciągu holocenu, a więc epoki, która zaczęła się 11 700 lat temu i trwa do dziś. Jego frustracja rosła, aż w końcu nie wytrzymał i zakrzyknął: „Nie! Nie żyjemy już w holocenie. Żyjemy w – tu zawahał się przez chwilę – w antropocenie”.

Wśród słuchaczy zapanowało milczenie. Ten nowy termin najwyraźniej trafił w sedno. I przez całą resztę spotkania przewijał się w rozmowach i wystąpieniach uczestników. Jeszcze w tym samym roku Crutzen, wraz z nieżyjącym już Eugene Stoermerem, specjalistą od mikroskopijnych glonów zwanych okrzemkami i pierwszym autorem terminu antropocen, napisali wspólny artykuł. W pracy tej obaj wyrażali pogląd, że ludzka cywilizacja doprowadziła do widocznych zmian w składzie ziemskiej atmosfery i hydrosfery i wywarła wpływ na biosferę, w tym także na populacje okrzemek. A to oznacza, że żyjemy w nowym, całkiem odmiennym od starego świecie sterowanym przez człowieka. Dzięki prestiżowi Crutzena i przemawiającej do wyobraźni treści artykułu ta myśl rozeszła się lotem błyskawicy pośród tysięcy naukowców uczestniczących w International Geosphere-Biosphere Program, który sponsorował konferencję w Meksyku. Wkrótce „antropocen” zadomowił się na dobre na łamach światowej prasy fachowej.

Czy jednak chodziło rzeczywiście o zmiany geologiczne, a więc takie, które pozostawiają po sobie ślad w warstwach skalnych na całym świecie? Czy naprawdę ludzie mogli wywierać na Ziemię wpływ równie głęboki, jak ten, który zaczął się wraz z holocenem przed 11 700 laty, kiedy to rozległe czapy lodowe zaczęły się topić, podnosząc poziom oceanu światowego o 120 m? Czy można porównywać ludzkość z glacjałami, które opanowały Ziemię u zarania plejstocenu, przed 2,6 mln lat? Czy nasza techniczna aktywność z zaledwie kilku ostatnich stuleci może się równać z tymi wszystkimi dramatycznymi wydarzeniami, które znaczyły burzliwą historię geologiczną Ziemi, dzieloną na okresy liczące nierzadko miliony, a nawet miliardy lat?

Ale ta idea nie była całkiem nowa. Jeszcze w XIX i w początkach XX wieku tacy badacze, jak włoski duchowny Antonio Stoppani i amerykański przyrodnik Joseph LeConte proponowali wprowadzenie pojęć antropozoik i psychozoik, co jednak nie spotykało się z aprobatą geologów. W jaki sposób – rozumowali – działalność człowieka, nawet bardzo intensywna, miałaby być porównywalna z tak monumentalnymi procesami, jak powstawanie i zanikanie całych oceanów i łańcuchów górskich, gigantyczne erupcje wulkaniczne czy kolizje z ogromnymi meteorytami? Wobec takiej skali zjawisk nasze działania bledną i zdają się nieistotne.

Był jeszcze jeden problem. Takie terminy geologiczne, jak jura, kreda, plejstocen czy holocen nie są jedynie określeniami, ale formalnymi jednostkami stratygraficznymi opisującymi całe długie dzieje naszej planety, od jej powstania przed 4,6 mld lat. Terminy te przyjęto po dziesięcioleciach dyskusji i zbierania dowodów i są one akceptowane przez Międzynarodową Komisję Stratygraficzną. „Epoki” czy „ery” mają bardzo ściśle określone znaczenie i geologowie traktują je bardzo poważnie. Wydzielenie nowej epoki musi oznaczać, że dla badaczy ludzkość stała się nowym i potężnym czynnikiem geologicznym.

A antropocen nie przeszedł przez żadną formalną i uznaną procedurę. Niezależnie od naukowych zasług Crutzena, był on chemikiem atmosfery, a nie geologiem i specjalistą od stratygrafii. Niemniej od roku 2008 członkowie Komisji Stratygraficznej londyńskiego Towarzystwa Geologicznego zdali sobie sprawę, że termin ten coraz częściej jest stosowany w literaturze, tak jakby już został formalnie zaakceptowany. Towarzystwo uznało więc, że czas, by sprawą zająć się na serio.

Ta ostrożna i konserwatywnie nastawiona grupa naukowców spotyka się w staroświeckiej sali Council Room w londyńskim Burlington House, obwieszonej wiktoriańskimi portretami i z unoszącym się w powietrzu duchem gigantów nauki, takich jak Karol Darwin, którzy tam nieraz bywali. W takich przepojonych tradycją okolicznościach naukowcy rozpoczęli formalne procedury prac nad antropocenem. Być może ku własnemu zaskoczeniu większość z nich zgodziła się, że „coś jest na rzeczy” i że trzeba się temu przyjrzeć z uwagą. Tak zmotywowany Philip Gibbard, przewodniczący Subkomisji ds. Stratygrafii Czwartorzędu w ramach Międzynarodowej Komisji Stratygrafii – mającej decydujący głos w sprawach tabeli stratygraficznej – zaproponował powołanie grupy roboczej, która wciąż zajmuje się tym problemem.

Żeby przekonać innych, geologowie muszą wykazać, że wpływ człowieka pozostawił po sobie wyraźny ślad, na tyle mocno utrwalony w warstwach skalnych, że będzie do odczytania jeszcze po upływie dziesiątków lub nawet setek milionów lat. Nacisk na utrwalenie w skałach jest znaczący. Dla geologów warstwy skalne to niemal synonim czasu geologicznego. Kluczem jest ten głęboki związek czasu i skały – potrzebujemy warstw, w które można uderzyć młotkiem, z których można pobrać próbki i które można rozkopywać (np. w poszukiwaniu kości dinozaurów). To warstwy określają wydarzenia, które zachodziły w czasie. Aby antropocen zyskał taki głęboki sens geologiczny – i przy okazji akceptację geologów – musi opierać się na takiej asocjacji czasu i skał. Czy dysponujemy świadectwami, że jest to możliwe? Wydaje się, że ich nie brakuje.