technika
Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Otwarte pytanie

(Fot. Christian Lo/Wikipedia)

Sukces systemu Android firmy Google wcale nie dowodzi, że otwarte znaczy lepsze.

Powszechnie wiadomo, że Apple zaprzepaścił pierwszą szansę na zdominowanie rynku komputerów. Nie został królem pecetów, ponieważ zaoferował systemy zbyt zamknięte. Nie tylko w sensie dosłownym – pierwsze macintoshe były starannie zaplombowane, co uniemożliwiało majstrowanie w ich wnętrznościach – ale przede wszystkim w zakresie licencjonowania systemu operacyjnego. Tylko Apple mógł produkować komputery korzystające z systemu operacyjnego Mac. Microsoft postąpił odwrotnie i udostępnił licencję Windows. Dzięki temu dziś pracuje na nich 90% komputerów osobistych.

Minęły lata i staliśmy się świadkami kolejnego eksperymentu, którego przedmiotem tym razem były odtwarzacze muzyczne. I znów Apple oraz Microsoft przyjęły te same strategie, co w przypadku komputerów. W jednym narożniku Steve Jobs upierający się, że będzie wyłącznym producentem iPodów oraz ich oprogramowania; w drugim Microsoft oferujący otwartą platformę PlaysForSure każdemu, kto zgodzi się wykupić licencję.
Tym razem wynik był dokładnie odwrotny. Zatriumfowało rozwiązanie zastrzeżone: iPody zdobyły aż 85% rynku odtwarzaczy muzycznych. A Microsoft? Wyprowadził PlaysForSure za stodołę i rozstrzelał. (Wkrótce potem Microsoft przeprowadził trzeci eksperyment. Opracował zupełnie nowy odtwarzacz muzyki o nazwie Zune, który zaskakująco przypominał swoją zamkniętą architekturą Apple’a. I kolejna klapa.)

Mamy więc kilka przykładów rywalizacji ze sprzecznymi rozstrzygnięciami. Które rozwiązanie jest słuszne? Udostępniać licencję? A może jednak nie?

Obecnie jesteśmy świadkami kolejnej wielkiej wojny, która ma wskazać model gwarantujący dominację na rynku. Przedmiotem największej z dotychczasowych potyczek są smartfony. Tym razem rywalizują Apple (iPhone, system zastrzeżony) oraz Google (Android, system otwarty).

I znowu Apple kontynuuje starą politykę, nie zgadzając się, aby inni dostarczali sprzęt i oprogramowanie. Nikomu poza Apple nie wolno wytwarzać iPhone’ów. Z drugiej strony, firma Google, która przejęła postawę Microsoftu „każdy może używać naszego oprogramowania” i zastosowała ją w praktyce. Android nie tylko jest dostępny dla wszystkich, ale co więcej – bezpłatny. Każdy może produkować smartfony (także tablety i czytniki e-booków) z Androidem, nie musi płacić Google ani centa i na dodatek wolno mu modyfikować system.

Eksperyment rozwija się w najlepsze. Firmy na całym świecie wypuszczają coraz to nowe telefony z Androidem – jest już ich 30 mln. Apple sprzedał wprawdzie 75 mln iPhone’ów, ale wystartował rok wcześniej niż Google.

Liczby wprawdzie wskazują na fantastyczny sukces Androida, ale wynik próby nie jest jednoznaczny. Pozostaje bowiem pytanie: jaką część atrakcyjności Androida można przypisać otwartości systemu?

Prawdę mówiąc, ta „otwartość” może uprzykrzać życie użytkownikom. Wystarczy, że sieci, takie jak AT&T albo Verizon zapchają telefon ikonami prowadzącymi do ich mało przydatnych i podejrzanie drogich usług. (W Apple nikomu nie przyszłoby do głowy, aby firmom trzecim pozwolić na preinstalowanie w iPhonie aplikacji usługowych.)
Co gorsza, otwartość oznacza nawet, że nie ma jednego Androi­da. Powstała już cała rodzina nieco różnych systemów. Zapytajcie tylko użytkowników smartfonów z Androidem, czy ucieszyła ich możliwość odtwarzania animacji Flash, kiedy Adobe wypuścił wreszcie odpowiednią wtyczkę, a usłyszycie, że aplikacja działa tylko na niektórych modelach.
Sklep z aplikacjami prowadzony przez Google jest bardziej otwarty niż odpowiednik Apple’a, który konsekwentnie wymaga, aby każda aplikacja była zaaprobowana przez jego edytorów. Oznacza to m.in., że aplikacje z pornografią na telefonach z Androidem są dostępne, a w iPhone’ach nie można ich spotkać. Sklep Apple’a jest też lepiej zorganizowany niż googlowski .

Te opinie mają brzmieć radykalnie. Ale czy „otwartość” to tylko pusty frazes? Czy z perspektywy producentów otwartość jest ważną zaletą Androida? A może liczy się tylko, że Android to kompletny, dopracowany i elegancki system operacyjny dla telefonów komórkowych z wbudowaną biblioteką programów, za który nie trzeba płacić ani centa? A jak to wygląda z punktu widzenia użytkownika – czy otwartość ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie?

Być może potrzebny byłby jeszcze jeden rozstrzygający eksperyment naukowy, w którym zmierzyłby się system zamknięty i zastrzeżony (Apple) z zamkniętym i darmowym (Google). Trzeba jakoś rozróżnić zmienne „darmowy” i „modyfikowalny”, aby przekonać się, skąd tak naprawdę bierze się androidowy sukces.
Na taki eksperyment nie ma jednak szans. A byłby to jedyny sposób, aby sprawdzić, ile warta jest „otwartość”.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 03/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
01/2018
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Grudzień
18
W 1849 r. amerykański astronom William Cranch Bond wykonał pierwsze teleskopowe zdjęcie Księżyca.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Otwarte pytanie

(Fot. Christian Lo/Wikipedia)

Sukces systemu Android firmy Google wcale nie dowodzi, że otwarte znaczy lepsze.

Powszechnie wiadomo, że Apple zaprzepaścił pierwszą szansę na zdominowanie rynku komputerów. Nie został królem pecetów, ponieważ zaoferował systemy zbyt zamknięte. Nie tylko w sensie dosłownym – pierwsze macintoshe były starannie zaplombowane, co uniemożliwiało majstrowanie w ich wnętrznościach – ale przede wszystkim w zakresie licencjonowania systemu operacyjnego. Tylko Apple mógł produkować komputery korzystające z systemu operacyjnego Mac. Microsoft postąpił odwrotnie i udostępnił licencję Windows. Dzięki temu dziś pracuje na nich 90% komputerów osobistych.

Minęły lata i staliśmy się świadkami kolejnego eksperymentu, którego przedmiotem tym razem były odtwarzacze muzyczne. I znów Apple oraz Microsoft przyjęły te same strategie, co w przypadku komputerów. W jednym narożniku Steve Jobs upierający się, że będzie wyłącznym producentem iPodów oraz ich oprogramowania; w drugim Microsoft oferujący otwartą platformę PlaysForSure każdemu, kto zgodzi się wykupić licencję.
Tym razem wynik był dokładnie odwrotny. Zatriumfowało rozwiązanie zastrzeżone: iPody zdobyły aż 85% rynku odtwarzaczy muzycznych. A Microsoft? Wyprowadził PlaysForSure za stodołę i rozstrzelał. (Wkrótce potem Microsoft przeprowadził trzeci eksperyment. Opracował zupełnie nowy odtwarzacz muzyki o nazwie Zune, który zaskakująco przypominał swoją zamkniętą architekturą Apple’a. I kolejna klapa.)

Mamy więc kilka przykładów rywalizacji ze sprzecznymi rozstrzygnięciami. Które rozwiązanie jest słuszne? Udostępniać licencję? A może jednak nie?

Obecnie jesteśmy świadkami kolejnej wielkiej wojny, która ma wskazać model gwarantujący dominację na rynku. Przedmiotem największej z dotychczasowych potyczek są smartfony. Tym razem rywalizują Apple (iPhone, system zastrzeżony) oraz Google (Android, system otwarty).

I znowu Apple kontynuuje starą politykę, nie zgadzając się, aby inni dostarczali sprzęt i oprogramowanie. Nikomu poza Apple nie wolno wytwarzać iPhone’ów. Z drugiej strony, firma Google, która przejęła postawę Microsoftu „każdy może używać naszego oprogramowania” i zastosowała ją w praktyce. Android nie tylko jest dostępny dla wszystkich, ale co więcej – bezpłatny. Każdy może produkować smartfony (także tablety i czytniki e-booków) z Androidem, nie musi płacić Google ani centa i na dodatek wolno mu modyfikować system.

Eksperyment rozwija się w najlepsze. Firmy na całym świecie wypuszczają coraz to nowe telefony z Androidem – jest już ich 30 mln. Apple sprzedał wprawdzie 75 mln iPhone’ów, ale wystartował rok wcześniej niż Google.

Liczby wprawdzie wskazują na fantastyczny sukces Androida, ale wynik próby nie jest jednoznaczny. Pozostaje bowiem pytanie: jaką część atrakcyjności Androida można przypisać otwartości systemu?

Prawdę mówiąc, ta „otwartość” może uprzykrzać życie użytkownikom. Wystarczy, że sieci, takie jak AT&T albo Verizon zapchają telefon ikonami prowadzącymi do ich mało przydatnych i podejrzanie drogich usług. (W Apple nikomu nie przyszłoby do głowy, aby firmom trzecim pozwolić na preinstalowanie w iPhonie aplikacji usługowych.)
Co gorsza, otwartość oznacza nawet, że nie ma jednego Androi­da. Powstała już cała rodzina nieco różnych systemów. Zapytajcie tylko użytkowników smartfonów z Androidem, czy ucieszyła ich możliwość odtwarzania animacji Flash, kiedy Adobe wypuścił wreszcie odpowiednią wtyczkę, a usłyszycie, że aplikacja działa tylko na niektórych modelach.
Sklep z aplikacjami prowadzony przez Google jest bardziej otwarty niż odpowiednik Apple’a, który konsekwentnie wymaga, aby każda aplikacja była zaaprobowana przez jego edytorów. Oznacza to m.in., że aplikacje z pornografią na telefonach z Androidem są dostępne, a w iPhone’ach nie można ich spotkać. Sklep Apple’a jest też lepiej zorganizowany niż googlowski .

Te opinie mają brzmieć radykalnie. Ale czy „otwartość” to tylko pusty frazes? Czy z perspektywy producentów otwartość jest ważną zaletą Androida? A może liczy się tylko, że Android to kompletny, dopracowany i elegancki system operacyjny dla telefonów komórkowych z wbudowaną biblioteką programów, za który nie trzeba płacić ani centa? A jak to wygląda z punktu widzenia użytkownika – czy otwartość ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie?

Być może potrzebny byłby jeszcze jeden rozstrzygający eksperyment naukowy, w którym zmierzyłby się system zamknięty i zastrzeżony (Apple) z zamkniętym i darmowym (Google). Trzeba jakoś rozróżnić zmienne „darmowy” i „modyfikowalny”, aby przekonać się, skąd tak naprawdę bierze się androidowy sukces.
Na taki eksperyment nie ma jednak szans. A byłby to jedyny sposób, aby sprawdzić, ile warta jest „otwartość”.